poniedziałek, 23 czerwca 2014

NOTHING na zakończenie ciężkiego dnia

Skończyło się lenistwo i trzeba było wrócić do pracy :(
Nie żebym nie lubiła swojego miejsca pracy, ale zdecydowanie wolę urlop :)
Poza tym łatwiej by było wdrożyć się w codzienny plan zajęć gdyby nie to cholerne psychiczne zmęczenie po operacyjne. Wiedziałam, że sama operacja zryje mi psyche, ale nie sądziłam, że aż na tak długo ... Tak czy inaczej trzeba stanąć twardo na ziemi i ruszyć do przodu :)
Słyszałam kiedyś że najlepszą pomocą w tego typu problemach jest terapia, więc wybrałam sobie jedną z jej dziedzin - muzykoterapię :)
Moja dzisiejsza propozycja może nie trafić do każdego odbiorcy, ale mnie od pierwszych dźwięków ujęła swą głębią. Odsłuchałam kilka utworów zespołu NOTHING i jednego byłam pewna - ta muzyka ma jakąś "historię". Zajrzałam zatem do cioci Wikipedii i już wiem co kryje się za tą głębią o której już wspominałam.
Jednak zanim Was wtajemniczę w ową historię pozwólcie, że zaprezentuje pierwszy z utworów: kawałek "Guilty Of Everything"
https://www.youtube.com/watch?v=1nVkqyDxros


A teraz posłuchajcie "historii w tle".
Lider zespołu Nothing niejaki Pan Dominic Palermo miał niełatwe życie. Wychowywał się w kiepskiej dzielnicy Filadelfii gdzie nie mając dobrego przykładu z otoczenia wpakował się w duże kłopoty. Za napaść i usiłowanie zabójstwa Dominic został skazany na siedem lat więzienia. Wyszedł po dwóch latach zwolniony za dobre sprawowanie, ale wracać nie było już do kogo. Jeden z jego przyjaciół został zabity, drugi zginął w wypadku, a reszta towarzystwa pakowała się w coraz to nowe problemy z prawem.
Na szczęście Dominic nie chciał już przebywać w tym otoczeniu i postanowił, że to właśnie muzyka będzie dla niego odskocznią od rzeczywistości. Pierwszy projekt, w który się zaangażował to hardcorowy zespół Horror Show. Ten projekt nie przetrwał jednak próby czasu i w 2004 roku zakończył swą działalność.
Lata spędzone w więzieniu były dla Dominica czasem nie tylko przemyśleń ale też wewnętrznej przemiany. Lektury książek między innymi Dostojewskiego były inspiracją do pisania tekstów do zdecydowanie wolniejszego projektu ... i tak właśnie powstał Nothing.
Mnie ujęła ta historia więc w całości wam ją opisałam, dzięki temu łatwiej będzie Wam zrozumieć jak ogromny przekaz niosą z sobą te dźwięki.
Utwór Endlessly - https://www.youtube.com/watch?v=yGc0qvdPnCw


Czasem takie dramatyczne przeżycia budzą w ludziach niesamowitą muzyczną wrażliwość.
Cała płyta Guilty Of Everything genialnie nadaje się do słuchania przez osoby które chcą po prostu się wyłączyć. Stajemy przy przeszklonej szybie i patrzymy na przemijające powoli sekundy, minuty, godziny... a w tle "Get Well"
https://www.youtube.com/watch?v=AsajdazBhKo


Zmykam zrobić pyszną kolacyjkę i kładę się spać; rano znów pobudka o 4:30 ... Spokojnego wieczoru :)

środa, 18 czerwca 2014

Impact Festival 2014 - Aerosmith

Rekonwalescencję czas zacząć... Niestety musiałam wczoraj dać się pokroić pewnemu chirurgowi i teraz jestem posiadaczem czterech szwów ... W związku z tym jakże bolesnym i "ciekawym" życiowym doświadczeniem nie było mnie tu wczoraj. Jednak dziś kiedy tylko udało mi się wstać i usiąść przy kompie mam dla Was obiecaną drugą recenzję. Życzę miłego czytania i przypominam, że specjalnie dla czytelników bloga swoje przeżycia z Impact Festival 2014 opisał Michał Kołodziejczyk.
Po tak udanym koncercie Black Sabbath pierwszego dnia myślałem, że najlepsze mam już za sobą. Drugiego dnia na festiwalowej scenie niezaprzeczalną gwiazdą była amerykańska grupa Aerosmith. Gdy ogłoszono ten koncert długo zastanawiałem się czy warto kupić na niego bilety. Odświeżając sobie ich muzykę doszedłem do wniosku, że znam większość ich piosenek. Oj potrzebowałem takiego przypomnienia! Smaczku dodawał fakt, że Aerosmith grają równo 20 lat od swojego pierwszego koncertu w Polsce. W 1994 roku, zespół był w absolutnym topie światowej muzyki. Oglądając tamten koncert https://www.youtube.com/watch?v=fGuiWIQos00 widzimy jak bardzo zmieniła się Warszawa, organizacja koncertów, publiczność. Jedyne co pozostało bez zmian to szalony rock’n’roll w wykonaniu Stevena Taylera, Joe Perrego i spółki. 
Trzymając się jednak kolejności zdarzeń, pod Atlas Arenę tym razem wybrałem się nieco wcześniej. Muzycznym magnesem, który mnie tam przyciągnął był młody brytyjski zespół The Treatment. Słuchając ich wcześniej wiedziałem, że dadzą czadu ale takiej energii jednak się nie spodziewałem. Młodzieńcza pasja, szalony hard rock i wspaniały wokal porwały publikę do wspólnej zabawy. I tutaj przysłowiowy karny ku… dla organizatorów, którzy ustawili tak dobrą kapelę na 16! To spowodowało, że pod sceną było max.100 osób. Jednak kto był ten wie, że warto! No cóż życzę tej kapeli wiele sukcesów ponieważ naprawdę na to zasługują. Mam nadzieję, że będą jednym z tych zespołów, które pociągną dalej całą rock’n’rollową zabawę po odejściu starych gwiazd.
Zimne piwo pomagało wytrzymać lejący się z nieba żar. Jednak również absorbowało sporo czasu, dlatego nie widziałem koncertu The Walking Papers. Z relacji znajomych, który przede wszystkim chcieli zobaczyć legendarnego basistę Guns’n’Roses – Duffa McKagana, piwo było bardziej interesujące niż ich występ. W hali zameldowaliśmy się na koncert Alter Brigde. To bez wątpienia trzeci najbardziej rozpoznawalny zespół grający na tegorocznym festiwalu. Po dobrej zabawie i koszulkach części publiczności (Slash) miałem wrażenie, że dla niektórych fanów to właśnie Alter Brigde był główną gwiazdą wieczoru. Osobiście o ile toleruję wokal Milesa Kennediego w utworach nagranych ze Slashem, twórczość Alter Brigde jakoś kompletnie do mnie nie przemawia. Miałem nadzieję, że ten koncert zmieni moje postrzeganie tego zespołu. Niestety tak nie było. Nie wiem czy to wina średniego nagłośnienia niedostosowanego do charakterystycznego wokalu Milesa czy po prostu nie moje muzyczne klimaty. Trudno! Po tym występie zaczęło się niecierpliwe oczekiwanie… 
Z lekkim opóźnieniem rozpoczęło się wielkie show w iście h’amerykańskim stylu! Samo wyjście Aerosmith na scenę było świetnie wyreżyserowane. Przy dźwiękach hardkorowych murzyńskich rapów, na telebimie śledziliśmy relację zza kulis. Każdy z członków zespołu przywitał się osobiście z publicznością, która w między czasie była również pokazywana na telebimie. Uważnemu oku kamery nie umknęła nawet DODA, która jako czołowa rockowa wokalistka kraju^^ pokazała wszystkim swoje cycki! Po tym zdarzeniu emocje sięgnęły szczytu. Charakterystyczne bębny obwieściły początek tego niezapomnianego koncertu. Lepszego utworu na start niż Eat the Rich, nie ma w dyskografii Aerosmith. Już od pierwszego rzutu okiem na zespół było wiadomo, że będzie to prawdziwe rock’n’rollowe show w starym stylu. Taylor zachwycał swoim kolorowym ubiorem, dzikim tańcem z mikrofonem owiniętym szalami i sprintami po scenicznym wybiegu. Takiej formy w tym wieku tylko pozazdrościć. Zespół nie zwalniał tempa zaserwował publiczności kolejne wielkie hity Love in a Elevator, Cryin, Jaded, Living on the Edge czy Rag Doll. Szkoda tylko, że część publiczność nie dorównała poziomem żywiołowości starszemu panu na wokalu i zamiast żywiołowo reagować na wspaniały występ, skupiła się raczej na nagrywaniu koncertu telefonem lub aparatem. Cóż takie czasy… Ballada znana z filmu Armagedon – I Don’t want to miss a Thing połączyła w miłosnym uniesieniu całą Atlas Arenę. Szaleńczą zabawę zakończyły hity Dude looks like a lady i Walk this way podczas, którego jedna z fanek wyskoczyła na scenę. Niezrażony tym faktem Tayler tańczył z nią do charakterystycznego riffu a później sprzedał jej pięknego buziaka! Pomimo jego wieku (mógłby być jej dziadkiem :P) miałem wrażenie, że nie jedna z dziewczyn chciała być na miejscu tamtej dziewczyny. Miłym lokalnym akcentem było pokazanie na jednym z utworów ulicy symbolu Łodzi ulicy Piotrkowskiej oraz biało czerwonego napisu – Łódź. Steven podczas bisów wspomniał, że wyjaśniła się również sprawa jego pochodzenia… okazało się, że jego dziadek był Polakiem. Bisy to długo wyczekiwana ballada Dream On, która w szczególnie pięknie zabrzmiała i Sweet Emotion.
Ciężko porównywać koncert Aerosmith i Black Sabbath. Mroczny występ Sabbathów obył się bez zbyt dużego wsparcia koncertowej techniki. Surowa scenografia do ciężkiej surowej muzyki. W przypadku Aerosmith ewidentnie postawiono na wielkie show ze wspaniałą sceną, światłami, realizacją video. W połączeniu z całym zespołem, który był w znakomitej formie dało to niezapomniany koncert. A no wąsy i bródka Stevena jak najbardziej na plus! 

Podsumowując Impact Festival poza dwoma wspaniałymi koncertami rockowych legend, nie zaoferował publiczności nic więcej. Szumnie zapowiadane atrakcje okazały się jedną wielką ściemą. Moim zdaniem przeprowadzka festiwalu do Łodzi to ciekawy pomysł, jednak tegoroczna edycja to typowy falstart. Dostrzegam wielki potencjał w tym miejscu. Jeśli w przyszłym roku organizatorzy zadbają o lepsze zespoły (w tym miałem wrażenie, że była to totalna łapanka), opaski (chodzi o możliwość swobodnego wyjścia na miasto, tutaj już władze Łodzi powinny zająć się tym problemem) i dodatkową scenę ( np. na stadionie ŁKSu) wtedy Impact znowu wróci do dobrego festiwalowego poziomu. Zawsze miło będę wspominał koncert Black Sabbath i Aerosmith lecz na pewno nie Impact Festival 2014.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Impact Festival 2014 - relacja koncertu Black Sabbath

Uff ciężko jest wrócić do rzeczywistości po tak muzycznie genialnym weekendzie. Niestety trzeba się ogarnąć i zabrać do roboty, w końcu dziś poniedziałek, a to zobowiązuje ;)
Tak jak obiecałam dziś mam dla Was prawdziwą gratkę. Otóż jeden z naszych tajnych wysłanników wybrał się na koncert zespołu Black Sabbath :) W związku z powyższym mam dla Was recenzję z tej imprezy napisaną przez Michała Kołodziejczyka.

"Koncert legend i pseudo festiwal – Impact Festival 2014"

Środek tygodnia, środek Polski i koncerty, które trafiły w sam środek serca rock’n’rollowej publiczności. Łódzka Atlas Arena wypełniła się po brzegi fanami rocka z całego kraju. Niestety tak jak można było przypuszczać, to wydarzenie należałoby potraktować raczej jako dwa odrębne koncerty legendarnych zespołów grane dzień po dniu, niż dobrze zorganizowany festiwal muzyczny.
 
Black Sabbath! Na ten koncert czekali wszyscy od momentu reaktywacji zespołu i nagrywania albumu „13”. Po ogłoszeniu trasy koncertowej w Europie i braku w rozpisce Polski, duża część fanów wybrała się na widowisko do Pragi. Na całe szczęście Ozzy i spółka zostali nieco dłużej na starym kontynencie i zdecydowali się przedłużyć swoją trasę. Padło na Łódź, w sam środek tygodnia. Nie przeszkodziło to jednak wyprzedać całej hali w 2-3 dni. Kilka tygodni po ogłoszeniu koncertu Black Sabbath fani dowiedzieli się, że będą uczestniczyć w Impact Festival, który został przeniesiony z Warszawy do Łodzi. Ucieszyłem się bardzo ponieważ po 2 udanych edycjach tego festu, można było się spodziewać jeszcze kilku dobrych koncertów przed występem głównej gwiazdy. Niestety tutaj pierwszy zawód. Zespoły, które grały tego samego dnia nie przyciągnęły pod Atlas Arenę zbyt wielu słuchaczy. Większość osób przyjechała tylko i wyłącznie na koncert Sabbathów. I nie ma w tym nic dziwnego, Marek z naszej ekipy z którym miałem przyjemność być na tym koncercie, skończył pracę o 16.30 i ścigając się z czasem gnał jak najszybciej (oczywiście nie przekraczając prędkości: P) do Łodzi. Z zespołów grających tego dnia miałem okazję widzieć tylko końcówkę występu Reingwolf i byłem nieco rozczarowany. Po tym występie tłum na płycie i trybunach wyraźnie zgęstniał. 10 minut przed planowym początkiem koncertu zza kurtyny rozległ się głos, którego nie sposób pomylić z żadnym innym. Zawyły syreny, kurtyna opadła i zabrzmiały pierwsze dźwięki War Pigs. Wiadomo jak wyglądają początki tak dużych koncertów na płycie – istna walka o życie. Wspólnej zabawie nie przeszkadzała duchota i ścisk, które na szczęście z upływem koncertu malały. Każdy kolejny utwór to osobna historia. Mroczne Into the Void i Black Sabbath połączone z grafikami wyświetlanymi na scenie i światłami, zrobiły na mnie bardzo duże wrażenie. Zdarte gardło i obolałe nogi zagwarantowały takie hity jak N.I.B, Children Of The Grave, Iron Man. Nie zabrakło też nowości z płyty 13. Ogólnie bardzo dobry set pokazujący zespół (a w szczególności Ozziego) w jak najlepszej formie. Wiadomo, że brakowało Sweet Leaf, Sabbath Bloody Sabbath, The Wizard i innych ale chcąc zmieścić cały dorobek Black Sabbath na jednym koncercie, panowie musieliby chyba grać z jakieś 5 godzin a i tak byłoby mało. Sam Ozzy naprawdę dał radę zarówno jeśli chodzi o kontakt z publiką (słynne Go fuckin crazy!) jak i śpiewanie, czego się trochę obawiałem. Pierwsze rzędy tradycyjnie zostały przez niego zlane kilkoma wiadrami wody. Z płyty nie mogłem dostrzec co dokładnie działo się pod samą sceną, jednak z relacji znajomego stojącego w pierwszym rzędzie i filmików z trybun zamieszczonych na Youtube można z całą pewnością stwierdzić, że było tam istne piekło! Porównując to z zabawą publiczności na innych koncertach podczas tej trasy, Polska naprawdę dała czadu. Na uwagę zasługuje również forma pozostałych członków zespołu. Tony Iommi – mistrz riffów w swoim stylu, spokojnie przechadzał się po scenie, serwując kolejne wszystkim dobrze znane dźwięki. Geezer Butler również w swoim charakterystycznym stylu szarpał basowe struny, aż miło. No i ta nieśmiertelna solówka do N.I.B! Ten solowy występ przebił jedynie debiutant i młodzieniaszek w porównaniu z resztą zespołu – perkusista Tommy Clufetos. Jego solówka po prostu zmiażdżyła publikę!
 
Widowisko w Łodzi było jedyne w swoim rodzaju i z pewnością bardzo długo zostanie w pamięci tych kilku tysięcy fanów, którzy mieli szczęście być na koncercie legend rocka. Sam mam świadomość, że takie zespoły już powoli schodzą ze sceny, dlatego tym ważniejsza była okazja zobaczenia Sabbathów na żywo. Plotki głoszą, że ostatni koncert tej trasy w londyńskim Hyde Park ma być również ostatnim w historii zespołu. Jeśli tak to odeszliby jako niepokonani mistrzowie i to jest najważniejsze!


niedziela, 15 czerwca 2014

Drugi dzień Debiutów From Poland

Piąta odsłona Debiutów From Poland dobiegła końca więc czas na ogłoszenie wyników. Ale zanim jeszcze przedstawię Wam ostateczną listę zwycięzców pozwólcie, że poświęcę zdań kilka każdemu z wczorajszych wykonawców.
Na wstępie napiszę tylko,że drugi dzień debiutów był zdecydowanie mocniejszy od pierwszego. Było hard rockowo, metalowo, thrash metalowo czyli ogólnie rzecz ujmując było mrocznie :) Czyli jak dla mnie genialnie :)
Otwarcie imprezy zapewnili chłopaki z zespołu HatriX z Bartkiem "Gackiem" Bernackim za bębnami. Nie dało się ukryć, że jedyną dojrzałą i obytą ze sceną osobą jest właśnie perkusista. Widać było, że stres dosłownie zjada tych młodych chłopaków, ale dzięki wsparciu swojego bębniarza udało im się opanować emocje i w rezultacie ściągnąć pod scenę sporo ludzi. Wszyscy członkowie jury stwierdzili jednogłośnie, że ta debiutująca kapela bardzo dobrze rokuje na przyszłość. Jedyna rzecz nad którą zespół powinien popracować to kontakt z publicznością. Nie może być sytuacji, że słuchacze nie rozumieją dlaczego zespół nie gra. To jest rola frontmana by był łącznikiem między sceną a publiką. Tak czy inaczej proponuję przyglądać się temu zespołowi bo jestem pewna, że jeszcze o nich usłyszymy.
Kolejna ekipa, która pojawiła się na scenie już przed swoim występem zapisała się w naszej pamięci zdecydowanie najdłuższą próbą akustyczną w historii wszystkich debiutów. Jednym słowem zespół Offender długo kazał na siebie czekać. Na scenie pojawia się thrash metalowe trio i nie wiem co więcej o nich napisać. Ciężko było oceniać ich występ, a przynajmniej jego wizualną część, bo cały widok sceny zasłaniali stojący na niej kumple zespołu. Niestety Offender grał tylko dla swoich znajomych, równie dobrze mogliśmy wyjść i członkowie zespołu by tego nie zauważyli. Jeśli chodzi o muzykę to technicznie byli trochę lepsi od swoich poprzedników, ale miało się wrażenie, że grają cały czas to samo. Nie było żadnej różnorodności ani w stylizacji, ani nawet w prędkości granej muzyki.
Jako trzeci na scenie drugiego dnia debiutów zaprezentował się zespół Public Run i zagrał nam Lady Pank. To była ciekawa odmiana po dwóch bardzo mocnych występach poprzedników. Plus dla chłopaków za to że nie odtwarzali coverów a próbowali dodać do każdego utworu jakiś autorski motyw. Bardzo dużo pracy przed tym zespołem, zwłaszcza jeśli chodzi o wokalne zdolności. Warto natomiast zwrócić uwagę na perkusistę, który robił co mógł, żeby wszystko grało rytmicznie.
Czwarta odsłona to zespół na który ja osobiście czekałam najbardziej; na scenie pojawia się Fabryka Kości. Znam się z chłopakami osobiście, ale już dawno nie byłam na ich koncercie, więc ciekawa byłam jak wypadną tym razem. Bałam się trochę, że po tak długiej i pewnie męczącej trasie koncertowej jaką mieli za sobą będą chcieli po prostu wejść, zagrać i wyjść. Ale oni chyba nigdy nie zawodzą swoich fanów. To był zdecydowanie najlepszy ich koncert na którym byłam. Genialny wręcz kontakt zespołu z publiką i to nie tylko frontmana ale i wszystkich gitarzystów, którzy co jakiś czas podchodzili bliżej publiczności. Wokal Remka jak zwykle po prostu przeszywał swą głębią. Do tego solówki gitarowe które wywoływały ciarki na plecach i genialnie pracująca sekcja rytmiczna. Fabryka Kości mogłaby grać jako gwiazda wieczoru a nie uczestnik konkursu. Brawo Panowie :)
Kolejna debiutancka ekipa to zespół Diagnoza. Technicznie po prostu zajebisty zespół. Tam wszystko się zgadza, partie solowe i rytmiczne po prostu nawzajem się przenikają i genialnie uzupełniają. Ale coś nie pozwalało mi cieszyć się tym występem, chodzi o wokal. Nie mogłam się do niego przekonać, ale do teraz nie jestem pewna, czy była to wina wokalisty czy nagłośnienia. Nie zrozumiałam nawet jednego słowa z tekstu śpiewanego przez wokal, chociaż wsłuchiwałam się jak mogłam. To niestety miało duży wpływ na odbiór ich koncertu, choć tak jak wspomniałam wielkie ukłony w ich stronę za genialny wykon.
Zespołem kończącym całą imprezę była Gantzna. Było głośno, mocno, ale o dziwo bardzo przyjemnie się tego słuchało. Nagłośnienie znów dało ciała i ciężko usłyszeć o czym śpiewa wokal, ale jest zdecydowanie lepiej niż u poprzedników. Chłopaki ze sceny przyznają, że jest to ich prawdziwy debiut i trochę stres ich zjada. Jednak ja zwracam uwagę na genialne zmiany tempa które pojawiają się w ich secie. Zwolnienia które wprowadzili do swoich utworów dawkowały napięcie i różnicowały klimat. Plus za odwagę - jak na debiut to chłopaki odwalili kawał dobrej roboty - polecam.

To tyle z wieści frontowych, zostało mi tylko przedstawić Wam wyniki ogłoszone w sumie dziś nad ranem przez mega zmęczone jury.
Przypomnę tylko, że w tym roku ocenialiśmy wszystkich uczestników imprezy nie dzieląc ich na gatunki czy dni występu.
Miejsce 3 - Kari
Miejsce 2 - Fabryka Kości
Miejsce 1 - Funkabra

Wyróżnienie specjalne dla zespołu Gantza
W imieniu całego jury bardzo dziękuję wszystkim uczestnikom Piątej już odsłony Debiutów From Poland i gratulujemy wszystkim zwycięzcom.
Natomiast ze swojej strony dziękuję wszystkim za świetną zabawę a pozostałym członkom jury za ciekawą wymianę zdań :)
Zapraszam Was również do zajrzenia na bloga już jutro, bo szykujemy prawdziwą gratkę dla miłośników zespołu Black Sabbath ;)

sobota, 14 czerwca 2014

Pierwszy dzień Debiutów From Poland

Zastanawiałam się długo nad wstępem, no bo jak by Was tu wprowadzić w klimat wczorajszej imprezy...
Może spróbuje zacząć od tego, że muzycznie poziom całej imprezy bardzo się podniósł (z wyjątkiem jednej kapeli, ale o tym później). Dobrze widzieć jak młodzi ludzie realizują swoją muzyczną pasję z tak dużym zapałem i entuzjazmem.
Tak jak Wam wczoraj obiecałam za chwilę przeczytacie relację z pierwszego dnia piątej już odsłony Debiutów From Poland, ale nie sugerujcie się moimi opiniami. To co za chwilę przeczytacie to tylko moje osobiste odczucia i nie mają nic wspólnego z wynikami, które zostaną ogłoszone dopiero po odsłuchaniu dzisiejszych wykonawców.
A jeśli jesteśmy przy temacie jury to pozwólcie, że od tego zacznę. W tym roku zaszczyt zasiadania w jury przypadł:
Anita Grobelak - przewodnicząca jury, związana z Teatrem From Poland, promotorka muzyki i szeroko pojętej kultury w naszym mieście
Joanna Niedźwiecka - związana niegdyś z Klubem "Zero"
Kordian Nowicki - producent muzyczny, realizator nagrań, muzyk, gitarzysta na co dzień współpracujący między innymi z zespołem Habakuk
Ewa Malinowska - no cóż tu pisać o samej sobie, po prostu kocham muzykę i lubię o niej pisać. Gram również na basie i mam przyjemność uczyć się od najlepszych :)
Maciej Malinowski - muzyk, gitarzysta, twórca i realizator nagrań. Muzyka to jego pasja, a krąg ludzi których tą pasją zaraża wciąż się powiększa.
Robert Mikołajczyk - perkusista zespołu Biały Szum, pasjonat częstochowskich koncertów, zwłaszcza tych odbywających się w Teatrze From Poland
Atłas - raper związany na stałe z hip hopowym składem Nie Ma Lekko
Zbyszek Milka - fotograf, miłośnik dobrej muzyki
Znamy już osoby odpowiedzialne za wyniki debiutów, a teraz poznajmy uczestników pierwszego dnia V Debiutów From Poland. Dodam tylko, że całą imprezę poprowadził dobrze znany w środowisku hip hopowym Mikser, który oprócz konferansjerki swoimi rymami umilał nam czas między występami poszczególnych zespołów.
Jako pierwsi na scenie zaprezentowali się chłopaki ze składu Inni Squad, którzy bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli. Fakt, że jeszcze bardzo wiele pracy przed nimi, ale ode mnie duży plus za mądre, przemyślane teksty bez tony przekleństw. Dodatkowy ich atut to rewelacyjny kontakt z publicznością. Natomiast zdecydowanie więcej uwagi powinni poświęcić swoim podkładom.
Drugi na scenie zaprezentował się rymujący solista Kari, który jest dowodem na to, że można samemu stanąć na scenie i kupić całą publiczność. Nie dało się nie zauważyć specyficznej barwy głosu tego młodego człowieka, ale w ogólnym obrazie przestawało mieć to jakiekolwiek znaczenie. Chłopak miał dobre teksty poparte konkretnymi rymami - brawo.
Trzecia odsłona sceniczna to skład o nazwie Ucrew. Trzech młodych chłopaków, którym zdecydowanie brakuje jeszcze obycia ze sceną. Dużo ciężkiej pracy przed nimi jeśli chcą rzeczywiście iść drogą hip hopu. Na zakończenie swojego setu zaprosili na scenę gości; rymujących znajomych. Pomysł może i dobry, ale wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Ogólnie wielki chaos okraszony niepotrzebnymi zupełnie przekleństwami.
Na tym zakończyła się hip hopowa odsłona, a przyszedł czas na mocniejsze uderzenia z szeroko pojętego rockowego podwórka.
Kiedy zobaczyłam kolejnych wykonawców pomyślałam - zapowiada się niezła jazda. Chłopaki ubrani byli delikatnie rzecz ujmując dziwnie, kolorowe stroje, śmieszne okulary, wełniane czapki - totalny odlot :)
Funkabra to zespół grający muzykę rockową z elementami funku i rapu. Jeśli chodzi o sekcję rytmiczną to oni wymiatają  na maksa. Dodatkowy atut to pozytywnie szurnięty wokalista, który oprócz dość czystego śpiewu potrafi też nieźle rymować. Duży plus dla nich za pomysł na siebie i kupienie publiczności. Wszyscy ruszyli w końcu tyłki i dobrze bawili się pod sceną.
Czas na piątą ekipę, a tu mamy ludzi których mieliśmy już okazję usłyszeć na ostatnich debiutach - zespół Ojszczane Mury. Pamiętam, że rok temu mieliśmy dla tych chłopaków kilka konkretnych rad i ciekawa byłam czy wzięli je sobie do serca. No niestety zespół nie zaprezentował się z dobrej strony. Praktycznie od początku wokalista raczył nas praktycznie samymi przekleństwami. A co do całego zespołu to żeby ich nie urazić napiszę tak - posłuchajcie sobie chłopaki dobrych polskich kapel punkowych i porównajcie ze swoją "twórczością". Wyciągnijcie w końcu wnioski z dobrych rad doświadczonych muzyków, bo naprawdę nie jest dobrze.
Kolejnym zespołem, który pojawił się na scenie był Eternal Spiritis, który również słyszeliśmy rok temu. Z zaciekawieniem przystąpiłam do obserwacji progresu tej ekipy, zwłaszcza że mamy z sobą coś wspólnego ;) No i tu pozytywne zaskoczenie, zespół dodał do swojego składu dwóch nowych muzyków, grających na puzonie i trąbce czym niesamowicie wzbogacili swe brzmienie. Czasem tylko na scenę wdzierał się chaos, ale spowodowany jest on naprawdę dużą ilością muzyków grających w Eternal Spiritis. Nie mogę jednak zrozumieć ostatniej prezentacji zespołu. Utwór zupełnie z innej beczki, na wokalu z chłopakiem który gra na przeszkadzajkach. Jak dla mnie to zupełnie niepotrzebna wstawka, ale pewnie ma swoich zwolenników.
Na zakończenie imprezy sceną zawładnęli "prawdziwi mężczyźni" zespół Eskalacja. Było głośno, ciężko i mrocznie - czyli tak jak lubię :) Na scenie oczywiście nie mogło zabraknąć "obcych" czyli charakterystycznych statywów na mikrofony przypominających chude potworki z innego świata ;) Jak dla mnie zespół zagrał bardzo dobrze zarówno pod względem technicznym jak i oceniając ogólny przekaz płynący ze sceny. Teksty śpiewane po polsku z mądrym przekazem.
No i tak to wyglądało wczoraj, a co czeka nas dziś? Zespoły Hatrix, Offender, Public Run, Fabryka Kości, Diagnoza, Gantzna. Jak na razie nie ma wyraźnego faworyta więc jak to śpiewała kiedyś Anita Lipnicka - wszystko się może zdarzyć :)
Zapraszam Was dziś do TFP na drugi dzień imprezy V Debiuty From Poland. A już jutro na blogu ogłoszenie wyników i streszczenie z dzisiejszych koncertów.

piątek, 13 czerwca 2014

Trochę lat siedemdziesiątych na początek weekendu

Wczorajszy dzień rzeczywiście obfitował w wiele niespodzianek, ale największą dosłownie włożę na siebie dziś wieczór. Nie będę się zagłębiała w szczegóły napiszę tylko że jest czarna ;) reszta to moja słodka tajemnica :)
Jak już wspomniałam wieczorem nadarzy się okazja do świetnej zabawy okraszonej mam nadzieję dobrą muzyką. A to wszystko za sprawą kolejnej już odsłony Debiutów from Poland.
Na scenie posłuchać będziemy mogli nie tylko rockowych oraz metalowych wykonawców, ale również panów hip-hopowców :)
Specjalnie dla Was postaram się przeniknąć nie zauważona w środowisko debiutujących zespołów i dowiedzieć się jakiś pikantnych szczegółów z ich muzycznego życia. Jako że debiuty trwają dwa dni, to zarówno jutrzejszy jak i niedzielny wpis w całości poświęcę temu wydarzeniu.
Oczywiście wszystkich, którzy nie mają jeszcze żadnych planów na weekend serdecznie zapraszam do Teatru From Poland, gdzie na żywo wystąpią m.in. Inni Squad, Eskalacja, Fabryka Kości, czy Eternal Spiritis.
Natomiast ja na dzisiejsze popołudnie mam dla Was muzykę, która idealnie rozkręci niejedną imprezę, a mnie osobiście posłuży jako tło przygotowań do imprezy :)
Zespół pochodzi z Minneapolis w Minesocie a muzykę którą prezentują można wrzucić do worka z napisem szeroko pojęty rock. Nazywają się The Lone Crows, a ich twórczość brzmi dokładnie tak:
https://www.youtube.com/watch?v=M9GPA-ANyek


Był to utwór "Can't Go Home Again" pochodzący z ich debiutanckiej płyty. Nie da się ukryć wpływu lat 70 tych na twórczość zespołu, ale właśnie dlatego zwróciłam na nich uwagę. Taka muzyka niesamowicie relaksuje, a dodatkowo przenosi w czasy kiedy nasi rodzice naprawdę potrafili się nieźle zabawić ;)
Kolejna moja propozycja tej grupy to utwór "Lone crows". Zwróćcie uwagę na genialnie pracujące gitatary we wstępie.
https://www.youtube.com/watch?v=znJKB4d81c8


Słucham tego utworu i oczami wyobraźni już widzę moją mamę wirującą na parkiecie jakiejś dyskoteki :) Klimat nieziemski :)
Cała płyta "Lone crows" jest niesamowicie luźna i nie mam tu nic złego na myśli. Panowie po prostu miksują hardrock, blues z rockiem lat 70 tych co w połączeniu daje właśnie taki relaksacyjno luźny styl. No i tylko żałować, że ten zespół nie jest zbyt popularny w naszym kraju. Ale kto wie, może pocztą pantoflową rozpuścimy wieści, że tacy Panowie dają radę :)
Niestety kochani moi muszę Was już opuścić, bo czas szykować się na imprezę.
Zostawiam Was oczywiście z muzycznym akcentem zespołu The Lone Crows tym razem pochodzący z drugiej płyty utwór "The Dragon". Życzę miłego weekendu :)
https://www.youtube.com/watch?v=kd_c4x6Xzbs





czwartek, 12 czerwca 2014

Mocniej ale z wyczuciem

Słoneczko dało nam dziś trochę od siebie odpocząć, więc wzięłam się za małe porządki. Jednak jak przystało na urlopowe dni ogarnęło mnie totalne lenistwo i postanowiłam zrobić tylko to co konieczne ;)
Na wieczór mamy z mężem plany spacerowo niespodziankowe, bo dziś rocznica naszego ślubu, więc szybki wpis i zmykam zrobić się na bóstwo :) :) :) :)
To tyle w ramach wstępu z życia wziętego ;) a teraz czas na muzykę.
Na dziś przygotowałam dla Was ucztę z gatunku melodic death metal i to prosto z Finlandii. Zespół nazywa się Before The Dawn a działa od 1999 roku początkowo jako solowy projekt Tuomasa Saukonnena.
Ale zanim coś więcej o samym składzie pozwólcie że wrzucę kawałek od którego zaczęła się moja przygoda z tym składem; utwór "Phoenix Rising"
https://www.youtube.com/watch?v=xpAS9pioQz8


Czytając biografię zespołu natrafimy na moment dość trudny dla założyciela Tuomasa Saukonnena. W bardzo krótkim czasie z zespołu odeszli basista i perkusista. Pewnie większość zespołów nie przetrwała by takiej straty, na szczęście Before The Dawn nie poddali się. Tuomas wraz z gitarzystą Juho Räihä postawili wszystko na jedną kartę i w stosunkowo krótkim czasie udało im się skompletować nowy skład. Panowie wzięli się w garść i nagrali dziesięć nowych utworów wydanych na krążku Rise Of The Phoenix. Sam Tuomas tak opisuje ten moment: "Zmiany, które nastąpiły w zespole przysporzyły mi frustracji, ale zarazem później przywróciły 110 procent oddania i zaangażowania. Dzięki odzyskanej energii mogliśmy nagrać naszą najmocniejszą, najszybszą, najcięższą i bez wątpienia najbardziej epicką płytę".
Kolejny utwór który proponuję to "Pitch - Black Universe"
https://www.youtube.com/watch?v=uYfZa1gaWZw


Jak ja lubię takie klimaty - mocno, mrocznie, a jednoczenie z zachowaniem miejsca na melodyjne wstawki. Słuchając muzyki zespołu Before The Dawn można zupełnie się zresetować. Nie ma natomiast mowy o żadnej monotonii czy nudzie, jak to czasami bywa słuchając dłużej melodyjnego metalu.
Na zakończenie proponuję utwór z albumu wydanego w 2007 roku, na którym usłyszycie śpiewającego wówczas w zespole basistę Larsa Eikinda. Kawałek nazywa się "Deadsong"
https://www.youtube.com/watch?v=cpR_UPYanAc



Zmykam już na obiecany spacer z niespodziankami w tle :)
Życzę miłego wieczoru :)